Moja praca. Warsztat ikonografia.


Od  starożytności te same materiały malarskie. Całe średniowiecze wypracowanych kanonów. W zgodzie ze starymi zasadami malarstwa, w zgodzie z zapisanymi setki lat temu sposobami odwzorowania świata. I może właśnie to kiedyś pociągnęło mnie archeologa w świat malarstwa ikon.

Lipowe deski klejone jak setki lat temu. Grunt mozolnie nanoszony warstwa po warstwie, szlifowanie, aż do starcia lakieru z paznokci…

Potem rysunek. I jajko od mamusinej kury, która widuje ziemię i krzaki. Takie jajko ma lepszy kolor, zmieszane z winem tworzy doskonałą emulsję i pozostaje mieszać, mieszać mieszać, bo tempera to po prostu mieszanie. A do tego używam naturalnych pigmentów. Tu pojawia się niewielkie odstępstwo od tradycji, bo swoje pigmenty kupuje już utarte, czyli omijam etap mozolnego ubijania minerałów w moździerzu.

Farbę nanoszę cienkimi warstwami, dziesiątkami warstw według niezmiennych od stuleci zasad. Najpierw elementy krajobrazu, potem ubrania, aż na koniec twarz z ustalonym kształtem oczu, sposobem modelowania policzków, czoła, nosa. Tak samo przez wieki…

Każda ikona, jak wehikuł czasu, wpisuje mnie w ten rytm od stuleci niezmienny, od stuleci rozpoczynający dzień wypowiadaną w różnych językach prośbą:

„Niebiański Mistrzu, żarliwy Architekcie wszelkiego stworzenia, zapal światło dla wzroku Twego sługi, strzeż jego serce i prowadź jego rękę, by mógł godnie i w sposób doskonały stworzyć Twój Wizerunek na chwałę i piękno Twego Świętego Kościoła”.